Welcome to Górski Konkurs Samochodowy
  


Menu

  • Strona Główna

  • Kryterium Kamionki
    - REGULAMIN

  • Kryterium Kamionki
    - WYNIKI

  • Rajdowe historie

  • PZM i konfederacja

  • Rajd Elmot - historia

  • Galeria zdjęć

  • A. Dobosz - CV

  • Logowanie


  • Napisz do nas

    Napisz do nas


    Banery
    Teraz nie ma zawartości dla tego bloku.


    Kontakt

  • KONTAKT


  •   
    NIEPOTRZEBNA ŚMIERĆ




    W dniu 18 czerwca 2006r, przy pięknej i słonecznej pogodzie, odbywał się "Rajd

    Strzeliński" - kolejna runda drugiej ligi rajdowej czyli "Puchar PZM". Na imprezę
    składały się trzy Odcinki Specjalne, powtarzane trzykrotnie. Drugi przejazd
    tymi samymi OS-ami okazał sie fatalny. Na Odcinku Specjalnym "Kuropatnik"
    zginęli kibice, Dwoje bardzo młodych ludzi. Rajd przerwano i rozpoczęto
    dochodzenie w temacie: kto zawinił i kto ponosi odpowiedzialność za to
    nieszczęście !

    Natychmiast rozpoczęła się wrzawa medialna i cały kraj poinformowano, jaki to
    niebezpieczny sport te cholerne rajdy samochodowe.


    Zdarzenie miało miejsce w niedzielę w ostatnim dniu czterodniowego weekendu. Wieczorem policja ogłosiła komunikat. W ciągu czterech dni zginęły w Polsce, na drogach, osiemdziesiąt dwie osoby a około czterystu pokiereszowanych zasiliło krajowe szpitale. To była zupełna normalka - można powiedzieć: polski standard. Jednym słowem: strach się poruszać po naszych drogach !!

    Ale 18 czerwca, potęga medialna była ukierunkowana na sport samochodowy, jak się okazało: wyjątkowo niebezpieczny. Tylko, że o tych walorach rajdów wiedzieli wszyscy zainteresowani: organizatorzy, zawodnicy i oczywiście kibice. Zawodnicy kochają ryzyko i to jest normalne a kibice wychodzą ze skóry, żeby być świadkiem jak samochód wali w drzewo a najlepiej jak dachuje ! Jak młoda załoga zobaczy kupę widzów z aparatami i kamerami to dostaje takiego świra , że popełnia kardynalne błędy. A kibice chcą być możliwie blisko pędzących samochodów. Nie wszyscy muszą być trzeźwi a zupełni głupole traktują rajd jak "rosyjską ruletkę". Zapominają, że samochód, który wypadnie z trasy, ma taką dynamikę, że bardzo trudno przewidzieć, gdzie wkońcu wyląduje.

    Na dobrą sprawę i aby spać spokojnie, powinno się całą zabawę przenieś na tory wyścigowe. I tak z klasycznych rajdów niewiele zostało poza wyrywaniem sekund na OS-ach. a cały rajd można śledzić siedząc w strefie serwisowej.

    Po tym tragicznym wypadku, prokurator rejonowy ze Strzelina zmierzył się z zupełnie nowym tematem. Okazało się, że klasyczny wypadek komunikacyjny to nie to samo co wyjątkowy wypadek podczas trwania rajdu. Wspólny jest tylko wynik końcowy. Cała dyrekcja Rajdu przesiadywała godzinami u prokuratora. Ściągnięto również członków ZSS na osobne przesłuchania.Chyba tylko po to, aby się dowiedzieć , że sprytne przepisy federacyjne chronią PZM od jakiejkolwiek odpowiedzialności.

    Główny Organizator rajdu, czyli Automobilklub, wyszedł z tego dochodzenia obronną ręką. Nie udowodniono mu winy ani zaniedbań organizacyjnych. Jest to bardzo ważne orzeczenie, ponieważ wyłącznie bezpośredni Organizator imprezy a konkretnie Dyrektor Rajdu otrzymuje zgodę ze starostwa na przeprowadzenie zawodów i z mocy prawa jest za wszystko odpowiedzialny. Ale fakty i papierowa dokumentacja wybroniły Organizatora. Trzeba było dalej szukać winnych nieszczęścia.

    W zdarzeniu brali udział: zabici i poturbowani kibice. działacz zabezpieczenia i załoga a konkretnie kierowca samochodu rajdowego. Każda strona miała swoje osiągnięcia w braku doświadczenia i braku wyobraźni.

    Młoda para kibiców siedziała na górce, około ośmu metrów od lewego skraju drogi, pod słupem energetycznym. Siedzieli TYŁEM do nadjeżdżających samochodów, w pozycji, która nie dawała im najmniejszych szans ucieczki !! Byli oddaleni o jeden metr od taśmy zabezpieczającej, zawieszonej na słupie. Czyli siedzieli przed taśmą a nie za taśmą, mierząc od strony drogi.Ten fakt ich zgubił a uratował Organizatora od oskarżenia o brak przewidywania. Niespodziewanie, samochód rajdowy zjechał z drogi i ich dosłownie rozjechał. Nawet go nie widzieli ! W jaki sposób siedzieli - widać na fotografii. Za ich plecemi, na dodze, widać również żółty samochód rajdowy. Fotografia jest przytwierdzona do krzyża stojącego w miejscu wypadku. Pozostali kibice, stojący również przed taśmą, zdołali odskoczyć, ponieważ obserwowali jadące samochody. Poza jedną osobą odwiezioną do szpitala.

    W pobliżu znajdował się działacz zabezpieczenia, wyposażony w żółtą kamizelkę i gwizdek. Był równie młody co nieszczęśliwi kibice. Niestety - nie przegonił wszystkich za taśmę, ponieważ był absolutnie przekonany, że miejsce w którym jedni siedzą a drudzy stoją jest zupełnie bezpieczne ! Pomylił się. Podczas dochodzenia wziął całą winę na siebie i ułatwił pracę prokuratorowi. W lutym zapadł wyrok. Działacz zabezpieczenia dostał trzy lata w zawieszeniu.

    Ale był jeszcze trzeci udziałowiec wypadku - kierowca, który nagle zjechał z drogi i wpadł na ludzi, którzy byli oddaleni o kilka metrów od drogi. Okazało się, że to nie jest nieumyślne spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym, tylko nadzwyczajny przypadek sportowy. Nie pierwszy i na pewno nie ostatni !

    Każdy członek załogi uczestniczący w "Pucharze PZM", musi mieć licencję sportową-samochodową, która stanowi zaświadczenie, że właściciel licencji ma wystarczające kwalifikacje aby ścigać się w rajdzie. Licencje wystawia Polski Związek Motorowy. Kierowca ubiegający się o licencję, musi być sklasyfikowany w sześciu KJS-ach czyli mówiąc ludzkim językiem - Rajdach Popularnych. W tych "rajdach" jeździ się po różnych placach i parkingach czyli "wokoło trzepaka". Jedyną korzyścią jest poznanie procedury Punktu Kontroli Czasu oraz skuteczny trening łapania za ręczny hamulec.

    Szczęśliwy posiadacz zdobytej licencji, wsiada do samochodu rajdowego nie mając kompletnie żadnego doświadczenia w jeździe wyczynowej i opisie trasy. To tak jakby ktoś przesiadł się z kajaka do regatowej żaglówki i chciał koniecznie dokopać konkurencji !

    Różnica pomiędzy jazdą w KJS-sie a prawdziwym Odcinkiem Specjalnym, jest porażająca. Zdarza sie. żę rajd drugoligowy jest podczepiony do rundy RSMP i że są to identyczne Odcinki Specjalne co w Mistrzostwach Polski. O takim samym stopniu trudności. A świeżo upieczony zawodnik , zamiast myśleć jak dojechać rozsądnie do mety usiłuje walczyć z bardziej doświadczonymi kolegami. Niestety - bardzo często na "krótką metę" !

    Załoga uczestnicząca w Rajdzie Strzelińskim, posiadała nowe licencje; wystawione w 2006 roku. i ten rajd był pierwszym poważnym rajdem w ich karierze. Mieli oczywiście podobne problemy co inni młodzi zawodnicy rozpoczynający starty w drugiej lidze rajdowej. Ten udział powinno się traktować jak naukę jazdy wyczynowej. Ale jak się ma dwadzieścia lat i zacięcie sportowe to na rozsądek jest z reguły za wcześnie. Szczególnie, gdy dotychczas jeździło się "maluchem" a startuje Peugeotem.206.

    I stało się nieszczęście. Od skrzyżowania dróg do miejsca wypadku było około 300 metrów prostej. Załoga pojechała bardzo szybko - szybciej niż poprzednim razem ! W miejscu, gdzie asfaltowa droga zaczyna się obniżać, zaczyna się prawy łagodny łuk, przechodzący dużo dalej w prawy ciasny zakręt. Pojechali prawą stroną drogi i poboczem, ścinając łuk i wpadli do płytkiej i niegroźnej rynny betonowej. Kierowca spanikował i odbił w lewo. Nie skontrował, ratując sie przed możliwym dachowaniem po odbiciu od skarpy. Nagle opuścił drogę i wjechał na ludzi siedzących i stojących na nasypie - około osiem metrów od skraju drogi. Dojechał aż za słup energetyczny, przy który stoi krzyż z fotografią w ramce. Załodze nic się nie stało.

    Kierowca zupełnie przecenił swoje umiejętności jeździeckie i popełnił kilka zasadniczych błędów w prowadzeniu samochodu rajdowego. Miejsce w którym zginęli ludzie, mogło się wydawać zupełnie bezpieczne. Ale pomysły rajdowych, niedoświadczonych kierowców, przekraczają naszą wyobraźnię. Pół biedy jak się sami rozbijają, zdecydowanie źle jak rozjeżdżają ludzi. Powie ktoś: przecież mieli licencje zawodników, czyli powinni posiadać pewne doświadczenie w prowadzeniu samochodu rajdowego. A gdzie mieli zdobywać to konieczne doświadczenie !? Na KJS-ach !!?

    Oskarżam byłą Komisję Rajdową a aktualnie Główną Komisję Sportu Samochodowego PZM o zaniechanie jakichkolwiek czynności w celu naprawy istniejącej sytuacji. Sprawa dotyczy szeroko pojmowanego bezpieczeństwa w sporcie samochodowym. Druga liga rajdowa - czyli "własność PZM ', istnieje od 2000 roku. Było dużo czasu na podjęcie tematu. Corocznie w 10 - 12 rundach RSP PZM bierze udział kilkadziesiąt załóg z nowymi licencjami, którzy dają popisy zupełnego braku doświadczenia. Dobrze, że nie zawsze, kończy się to w szpitalu.

    Tak się składa, że każdy Organizator sfederowany w tym pokomunistycznym związku musi wszędzie umieszczać godła PZM-otu i zawieszać flagi z tym kiepskim godłem. Ale jak dojdzie do tragedii to odpowiada za wszystko Automobilklub, Dyrektor Rajdu, sędzia, działacz, czasami kierowca. Wszyscy - tylko nie przedstawiciele federacji !! Przecież najlepiej jest schować się za transparent z napisem "Komisja ", "Zarząd ', "Prezydium" Kolektywne podejmowanie decyzji zwalnia każdego członka Komisji czy Zespołu od bezpośredniej odpowiedzialności wobec prawa. Ale od rządzenia, nakładania kar, szantażowania i profitów , to jesteśmy MY - KOMISJA.

    Na zakończenie wracam do "Rajdu Strzelińskiego". Drugoplanowym winnym tej tragedii jest oczywiście GKSS PZM czyli władze sportu samochodowego i autorzy regulaminu zdobywania licencji krajowej. Licencji, która nie świadczy o nabytych umiejętnościach kierowcy do uprawiania sportu samochodowego. Aktualnie wydawane licencje, są biurokratycznym dokumentem, świadczącym o tym, że jej posiadacz jest zdrowy na umyśle i że za własne pieniądze wykupił polisę ubezpieczeniową NNW Sport. To ubezpieczenie jest bardzo ważne, ponieważ chroni centralę związkową PZM od spraw sądowych w kwestji odszkodowania. A to jest najważniejsze !!

    Andrzej Dobosz

    ______________________________________________________________________

    Samochodowy Wyścig Górski - PRIX ORLICKO

    W miesiącu lipcu 2008 roku w miejscowości Czerwona Woda, niedaleko Międzylesia, odbyła się samochodowa impreza, którą miałem przyjemność oglądać. Pogoda była wspaniała - może trochę za gorąco. Zawody stanowiły: Rundę Mistrzostw Republiki Czeskiej w Wyścigach Górskich oraz Eliminację w Mistrzostwach Górskich Samochodów Historycznych. Ponadto ścigano się w ramach kolejnej rundy czesko- morawskiej o puchar ZAV. Wymienione rundy przeprowadzono w oparciu o przepisy FIA i regulamin krajowej federacji.

    W poszczególnych konkurencjach wystartowała następująca ilość kierowców: w mistrzostwach czeskich, w jedenastu klasach: 33 samochody w mistrzostwach aut historycznych, w trzech klasach: 16 samochodów w pucharze czesko-morawskim ZAV, w dwóch klasach: 6 samochodów Ogółem w zawodach wzięło udział 55 kierowców. To było towarzystwo posiadające licencje sportowe krajowe i międzynarodowe.

    Ale na tym nie koniec ! Dodatkowo, w ramach cyklicznych zawodów górskich KW Berg Cup, wzięło udział 110 kierowców [stu dzieśięciu !!!] na samochodach z dawno,a nawet bardzo dawno utraconą homologacją. Kierowcy nie musieli posiadać żadnej licencji sportowej samochodowej - krajowej lub zagranicznej. Brali udział w Wyścigu na własne ryzyko i własną odpowiedzialność. I nikt z tego powodu nie robił problemu w przeciwieństwie do naszych krajowych i związkowych obyczajów. Nic dziwnego, że Czesi w sportach samochodowych są o dwie długości przed nami. Zawsze tak było, a przy ogólnie znanym asekuranctwie działaczy Głównej Komisji Sportowej Samochodowej - chyba zawsze tak będzie.

    Zawody były profesjonalnie zorganizowane i trwały dwa dni: w sobotę i w niedzielę. Każdy dzień miał identyczny program: dwa obowiązkowe podjazdy treningowe i dwa podjazdy wyścigowe. W klasyfikacji końcowej decydowała suma puktów podjazdów wyścigowych. Trasa wyścigu miała cztery kilometry znakomitej nawierzchni asfaltowej. Trudno u nas znależć taki dobry odcinek górskiej drogi. Bardzo długie DEPO zostało zlokalizowane na dwóch drogach, zamkniętych na potrzeby Organizatora. Cała trasa DEPO oraz trasa wyścigu była zradiofonizowana. Warto podkreślić, że kilka kilometrów kabla rozłożonego na ziemi, nikogo nie motywowało do jego zniszczenia.

    Z wielkością i przylepnością numerów startowych, Organizator Wyścigu nie przesadzał. Każdy samochód był wyposażony w dwa numery startowe formatu A4, wykonane na drukarce komputerowej, na zwykłym papierze. Numery były umieszczone na tylnych, bocznych szybach od środka samochodu i przyklejone taśmą klejącą. Czytelnie, prosto i tanio. Czesi po prostu liczą koszty i myślą praktycznie. A u nas tylko regulaminowe bzdury i podnoszenie wysokości wpisowego do zawodów.

    Numery startowe są przydzielane raz na rok: od numeru 1 do 500 dla posiadaczy licencji sportowych i od numeru 500 w górę dla tych, którzy nie muszą posiadać żadnych licencji i ścigają się dla własnej przyjemności. I jedni i drudzy wpłacają identyczne wpisowe: 1000 koron czeskich, czyli około 140 złp za każdy dzięń zawodów. Razem: 2000 koron czyli 280 zł. Tymczasem, każdy zawodnik w naszym kochanym kraju, za taką samą zabawę musi uiścić 700 zł. A w rajdach jest jeszcze gorzej !!

    W konkurencji KW Berg Cup , obowiązuje wcześniejsza rezerwacja numerów startowych. Ta przyjemność kosztuje 300 koron i ma sie spokój na cały rok. Wygoda dla zawodników i Organizatorów. A koszty śmiesznie niskie. W sezonie sportowym, zawodnicy mogą wziąć udział w 28 rundach, zlokalizowanych w 14 miejscowościach: w Czechach, Słowacji i na Węgrzech.

    Ciekawostka. Wpisowe uiszcza się po Badaniu Kontrolnym. Kogo samochód odrzuci Komisja BK, ten nie ponosi żadnej straty i ogląda wyścig z pozycji kibica. A u nas, od kierowców wydziera się ostatnie pieniądze, w ramach dojenia i karania za wątpliwe przewinienia. Znikome szanse odzyskania wpisowego nawet w umotywowanych przypadkach. Jak się ma 40 samochodów na starcie, cienkich sponsorów i wysokie koszty imprezy to najpewniejszym płatnikikem jest zawodnik.

    W "Prix Orlicko 2008" uczestniczyło ogółem 165 kierowców. Samochody startowały co 30 sekund. Start pierwszego zawodnika w jeżdzie treningowej nastąpił o godz. 8.00 - w jeżdzie oficjalnej o godz. 13.00. I tak przez dwa dni, zgodnie z harmonogramem zawodów. Pomiędzy licznymi kibicami wędrowały ładne panienki z identyfikatorami. To byly kasjerki. Inkasowały od każdego kibica 50 koron i wręczały informator z listą startową. Nikt przed nimi nie uciekał w krzaki. Co kraj to obyczaj !!

    W informatorze było umieszczonych 38 reklam formatu A-5 i 28 reklam formatu A-6. Wszystkie w kolorze czarno-białym. Jedyne trzy reklamy kolorowe, zostały umieszczone na okładce programu. W tym skromnym i rzeczowym informatorze, umieszczono ogółem 70 reklam małych i większych firm. Przedstawiciel Organizatora musiał się dobrze nachodzić. A u nas, jak się znajdzie 20 sponsorów, to można mówić o cudzie.

    Osiemdziesiąt procent samochodów biorących udział w imprezie. nie było zarejestrowanych. Przywożono je oczywiście na lawetach. Startowały również tzw. "formułki" o najdziwniejszych konstrukcjach. Naprawdę - było na co popatrzyć. Zdjęcia, które osobiście robiłem chodząc wzdłuż DEPO i które umieszczam na moich stronach WWW, dają wyobrażenie o różnorodności pojazdów. Czasami trudno było dociec, jaką markę ma oglądany samochód.

    Zawody miały dobrą oprawę reklamową. Przy wieży startowej umieszczono 27 banerów różnych firm. Na trasie również. Prowadzono konkurs z nagrodami. Kibice - przykro to powiedzieć. zachowują się dużo lepiej od naszych rodaków na podobnych imprezach. Panowal ład i porządek. Przez głośniki plynęły bierzące informacje o wynikach kierowców. Stoiska małej gastronomii, byly licznie rozstawione. Wszędzie podawano piwo a nie widać było pijanych. Szkoda tylko, że wszyscy gastronomowie zapomnieli o plastykowych sztućcach. Trochę dziwny zwyczaj.

    Prawdopodobnie, nie dożyję takich czasów, kiedy w tej samej imprezie wystartują kierowcy z licencjami i bez licencji i będzie to runda Mistrzostw Polski. Za mocno się okopało towarzystwo asekurantów z pod znaku PZM. Gdyby alpiniści myśleli wyłacznie o bezpieczeństwie, to byłby to koniec ryzykownego wyczynu. Więcej ryzykujemy, poruszając się po naszych drogach.

    Ale zawsze trzeba mieć nadzieję, że zwycięży zdrowy rozsądek, szczególnie w sytuacji coraz gorszej frekwencji w krajowych zawodach. U naszych sąsiadów kierowcy bez licencji, nie stanowią specjalnego zagrożenia. Nasi organizatorzy panicznie boją się odpowiedzialności. A przecież każdy kierowca bierze udział w zawodach na własne ryzyko i własną odpowiedzialność.

    Andrzej Dobosz









    Prawa autorskie © Górski Konkurs Samochodowy Wszystkie prawa zastrzeżone.

    Opublikowane: 2009-03-25 (1961 odsłon)

    [ Wróć ]