I stało się nieszczęście. Od skrzyżowania dróg do miejsca wypadku było około
300 metrów prostej. Załoga pojechała bardzo szybko - szybciej niż poprzednim
razem ! W miejscu, gdzie asfaltowa droga zaczyna się obniżać, zaczyna się
prawy łagodny łuk, przechodzący dużo dalej w prawy ciasny zakręt. Pojechali
prawą stroną drogi i poboczem, ścinając łuk i wpadli do płytkiej i niegroźnej rynny
betonowej. Kierowca spanikował i odbił w lewo. Nie skontrował, ratując sie przed
możliwym dachowaniem po odbiciu od skarpy. Nagle opuścił drogę i wjechał
na ludzi siedzących i stojących na nasypie - około osiem metrów od skraju drogi.
Dojechał aż za słup energetyczny, przy który stoi krzyż z fotografią w ramce.
Załodze nic się nie stało.
Kierowca zupełnie przecenił swoje umiejętności jeździeckie i popełnił kilka
zasadniczych błędów w prowadzeniu samochodu rajdowego. Miejsce w którym
zginęli ludzie, mogło się wydawać zupełnie bezpieczne. Ale pomysły rajdowych,
niedoświadczonych kierowców, przekraczają naszą wyobraźnię. Pół biedy
jak się sami rozbijają, zdecydowanie źle jak rozjeżdżają ludzi. Powie ktoś:
przecież mieli licencje zawodników, czyli powinni posiadać pewne doświadczenie
w prowadzeniu samochodu rajdowego. A gdzie mieli zdobywać to konieczne
doświadczenie !? Na KJS-ach !!?
Oskarżam byłą Komisję Rajdową a aktualnie Główną Komisję Sportu
Samochodowego PZM o zaniechanie jakichkolwiek czynności w celu naprawy
istniejącej sytuacji. Sprawa dotyczy szeroko pojmowanego bezpieczeństwa
w sporcie samochodowym. Druga liga rajdowa - czyli "własność PZM ', istnieje
od 2000 roku. Było dużo czasu na podjęcie tematu. Corocznie w 10 - 12 rundach
RSP PZM bierze udział kilkadziesiąt załóg z nowymi licencjami, którzy dają
popisy zupełnego braku doświadczenia. Dobrze, że nie zawsze, kończy się to
w szpitalu.
Tak się składa, że każdy Organizator sfederowany w tym pokomunistycznym
związku musi wszędzie umieszczać godła PZM-otu i zawieszać flagi z tym
kiepskim godłem. Ale jak dojdzie do tragedii to odpowiada za wszystko
Automobilklub, Dyrektor Rajdu, sędzia, działacz, czasami kierowca.
Wszyscy - tylko nie przedstawiciele federacji !! Przecież najlepiej jest schować się
za transparent z napisem "Komisja ", "Zarząd ', "Prezydium"
Kolektywne podejmowanie decyzji zwalnia każdego członka Komisji czy Zespołu
od bezpośredniej odpowiedzialności wobec prawa. Ale od rządzenia, nakładania
kar, szantażowania i profitów , to jesteśmy MY - KOMISJA.
Na zakończenie wracam do "Rajdu Strzelińskiego". Drugoplanowym winnym tej
tragedii jest oczywiście GKSS PZM czyli władze sportu samochodowego
i autorzy regulaminu zdobywania licencji krajowej. Licencji, która nie świadczy
o nabytych umiejętnościach kierowcy do uprawiania sportu samochodowego.
Aktualnie wydawane licencje, są biurokratycznym dokumentem, świadczącym
o tym, że jej posiadacz jest zdrowy na umyśle i że za własne pieniądze wykupił
polisę ubezpieczeniową NNW Sport.
To ubezpieczenie jest bardzo ważne, ponieważ chroni centralę związkową PZM
od spraw sądowych w kwestji odszkodowania. A to jest najważniejsze !!
Andrzej Dobosz
______________________________________________________________________
Samochodowy Wyścig Górski - PRIX ORLICKO
W miesiącu lipcu 2008 roku w miejscowości Czerwona Woda,
niedaleko Międzylesia, odbyła się samochodowa impreza, którą miałem
przyjemność oglądać. Pogoda była wspaniała - może trochę za gorąco.
Zawody stanowiły: Rundę Mistrzostw Republiki Czeskiej w Wyścigach
Górskich oraz Eliminację w Mistrzostwach Górskich Samochodów
Historycznych. Ponadto ścigano się w ramach kolejnej rundy czesko-
morawskiej o puchar ZAV. Wymienione rundy przeprowadzono w oparciu
o przepisy FIA i regulamin krajowej federacji.
W poszczególnych konkurencjach wystartowała następująca ilość kierowców:
w mistrzostwach czeskich, w jedenastu klasach: 33 samochody
w mistrzostwach aut historycznych, w trzech klasach: 16 samochodów
w pucharze czesko-morawskim ZAV, w dwóch klasach: 6 samochodów
Ogółem w zawodach wzięło udział 55 kierowców. To było towarzystwo
posiadające licencje sportowe krajowe i międzynarodowe.
Ale na tym nie koniec ! Dodatkowo, w ramach cyklicznych zawodów górskich
KW Berg Cup, wzięło udział 110 kierowców [stu dzieśięciu !!!] na samochodach
z dawno,a nawet bardzo dawno utraconą homologacją. Kierowcy nie musieli
posiadać żadnej licencji sportowej samochodowej - krajowej lub zagranicznej.
Brali udział w Wyścigu na własne ryzyko i własną odpowiedzialność.
I nikt z tego powodu nie robił problemu w przeciwieństwie do naszych krajowych
i związkowych obyczajów. Nic dziwnego, że Czesi w sportach samochodowych
są o dwie długości przed nami. Zawsze tak było, a przy ogólnie znanym
asekuranctwie działaczy Głównej Komisji Sportowej Samochodowej - chyba
zawsze tak będzie.
Zawody były profesjonalnie zorganizowane i trwały dwa dni: w sobotę
i w niedzielę. Każdy dzień miał identyczny program: dwa obowiązkowe
podjazdy treningowe i dwa podjazdy wyścigowe. W klasyfikacji końcowej
decydowała suma puktów podjazdów wyścigowych. Trasa wyścigu
miała cztery kilometry znakomitej nawierzchni asfaltowej. Trudno u nas
znależć taki dobry odcinek górskiej drogi. Bardzo długie DEPO zostało
zlokalizowane na dwóch drogach, zamkniętych na potrzeby Organizatora.
Cała trasa DEPO oraz trasa wyścigu była zradiofonizowana. Warto podkreślić,
że kilka kilometrów kabla rozłożonego na ziemi, nikogo nie motywowało
do jego zniszczenia.
Z wielkością i przylepnością numerów startowych, Organizator Wyścigu
nie przesadzał. Każdy samochód był wyposażony w dwa numery startowe
formatu A4, wykonane na drukarce komputerowej, na zwykłym papierze.
Numery były umieszczone na tylnych, bocznych szybach od środka
samochodu i przyklejone taśmą klejącą. Czytelnie, prosto i tanio.
Czesi po prostu liczą koszty i myślą praktycznie. A u nas tylko regulaminowe
bzdury i podnoszenie wysokości wpisowego do zawodów.
Numery startowe są przydzielane raz na rok: od numeru 1 do 500 dla
posiadaczy licencji sportowych i od numeru 500 w górę dla tych, którzy
nie muszą posiadać żadnych licencji i ścigają się dla własnej przyjemności.
I jedni i drudzy wpłacają identyczne wpisowe: 1000 koron czeskich, czyli
około 140 złp za każdy dzięń zawodów. Razem: 2000 koron czyli 280 zł.
Tymczasem, każdy zawodnik w naszym kochanym kraju, za taką samą
zabawę musi uiścić 700 zł. A w rajdach jest jeszcze gorzej !!
W konkurencji KW Berg Cup , obowiązuje wcześniejsza rezerwacja numerów
startowych. Ta przyjemność kosztuje 300 koron i ma sie spokój na cały rok.
Wygoda dla zawodników i Organizatorów. A koszty śmiesznie niskie.
W sezonie sportowym, zawodnicy mogą wziąć udział w 28 rundach,
zlokalizowanych w 14 miejscowościach: w Czechach, Słowacji i na Węgrzech.
Ciekawostka. Wpisowe uiszcza się po Badaniu Kontrolnym. Kogo samochód
odrzuci Komisja BK, ten nie ponosi żadnej straty i ogląda wyścig z pozycji
kibica. A u nas, od kierowców wydziera się ostatnie pieniądze, w ramach
dojenia i karania za wątpliwe przewinienia. Znikome szanse odzyskania
wpisowego nawet w umotywowanych przypadkach. Jak się ma 40 samochodów
na starcie, cienkich sponsorów i wysokie koszty imprezy to najpewniejszym
płatnikikem jest zawodnik.
W "Prix Orlicko 2008" uczestniczyło ogółem 165 kierowców. Samochody
startowały co 30 sekund. Start pierwszego zawodnika w jeżdzie treningowej
nastąpił o godz. 8.00 - w jeżdzie oficjalnej o godz. 13.00. I tak przez dwa dni,
zgodnie z harmonogramem zawodów. Pomiędzy licznymi kibicami wędrowały
ładne panienki z identyfikatorami. To byly kasjerki. Inkasowały od każdego
kibica 50 koron i wręczały informator z listą startową. Nikt przed nimi nie
uciekał w krzaki. Co kraj to obyczaj !!
W informatorze było umieszczonych 38 reklam formatu A-5 i 28 reklam
formatu A-6. Wszystkie w kolorze czarno-białym. Jedyne trzy reklamy
kolorowe, zostały umieszczone na okładce programu. W tym skromnym
i rzeczowym informatorze, umieszczono ogółem 70 reklam małych i większych
firm. Przedstawiciel Organizatora musiał się dobrze nachodzić.
A u nas, jak się znajdzie 20 sponsorów, to można mówić o cudzie.
Osiemdziesiąt procent samochodów biorących udział w imprezie. nie było
zarejestrowanych. Przywożono je oczywiście na lawetach. Startowały również
tzw. "formułki" o najdziwniejszych konstrukcjach. Naprawdę - było na co
popatrzyć. Zdjęcia, które osobiście robiłem chodząc wzdłuż DEPO i które
umieszczam na moich stronach WWW, dają wyobrażenie o różnorodności
pojazdów. Czasami trudno było dociec, jaką markę ma oglądany samochód.
Zawody miały dobrą oprawę reklamową. Przy wieży startowej umieszczono
27 banerów różnych firm. Na trasie również. Prowadzono konkurs z nagrodami.
Kibice - przykro to powiedzieć. zachowują się dużo lepiej od naszych rodaków
na podobnych imprezach. Panowal ład i porządek. Przez głośniki plynęły
bierzące informacje o wynikach kierowców. Stoiska małej gastronomii, byly
licznie rozstawione. Wszędzie podawano piwo a nie widać było pijanych.
Szkoda tylko, że wszyscy gastronomowie zapomnieli o plastykowych
sztućcach. Trochę dziwny zwyczaj.
Prawdopodobnie, nie dożyję takich czasów, kiedy w tej samej imprezie
wystartują kierowcy z licencjami i bez licencji i będzie to runda Mistrzostw
Polski. Za mocno się okopało towarzystwo asekurantów z pod znaku PZM.
Gdyby alpiniści myśleli wyłacznie o bezpieczeństwie, to byłby to koniec
ryzykownego wyczynu. Więcej ryzykujemy, poruszając się po naszych drogach.
Ale zawsze trzeba mieć nadzieję, że zwycięży zdrowy rozsądek, szczególnie
w sytuacji coraz gorszej frekwencji w krajowych zawodach. U naszych sąsiadów
kierowcy bez licencji, nie stanowią specjalnego zagrożenia. Nasi organizatorzy
panicznie boją się odpowiedzialności. A przecież każdy kierowca bierze
udział w zawodach na własne ryzyko i własną odpowiedzialność.
Andrzej Dobosz
Prawa autorskie © Górski Konkurs Samochodowy Wszystkie prawa zastrzeżone.
Opublikowane: 2009-03-25 (1961 odsłon)
[ Wróć ]